Zapewne każdy słyszał powiedzenie “biednemu zawsze wiatr w oczy”.
I niestety jest to prawda.
Pieniądze to nie wszystko i szczęścia one nie dają, ale gdy ich nie ma, ciężko o to szczęście…
Ponieważ pieniądze to leki dla kochanej osoby, to odpowiednie ciuchy i jedzenie dla bliskich, aby nie chorowali, to dostęp do wiedzy, która pomoże poznać ten świat i nieraz przeżyć.
To także relaks, bez którego z ciągłego dużego stresu mogą wychynąć poważne problemy psychiczne. To wiele innych rzeczy, bez których życie zamienia się w prymitywna egzystencję i walkę o następny dzień jak z opowieści o ludziach pierwotnych…
Są różne stopnie biedy, ale tutaj poruszę taki, o którym się za często nie słyszy dopóki nie dojdzie do tragedii.
Nie piszę tutaj o bezdomnych bo ich straszna i dramatyczna sytuacja jest znana chyba każdemu człowiekowi z wyobraźnią.
Bieda o której piszę to stan niepewności i zawieszenia pomiędzy nieprzyjemną i okrutną prawdą a iluzją, którą łatwo złamać. Iluzją, że wszystko jest w porządku, dopóki nie skończą się pieniądze na karcie, a wszystkie dochody będę szły na rachunki…
Są ludzie, zazwyczaj bez problemów finansowych, którzy uważają, że “biedni są biedni bo są niezaradni. I dobrze im tak”-taka mała dygresja: a co jest bardziej szlachetne, Wy którzy tak mówicie? Pomoc takiemu niezaradnemu i zrobienie z niego zaradnego, czy skazanie go na zagładę i patrzenie jak ktoś znika…? HĘ?
Ale w takim twierdzeniu jest mnóstwo ślepoty i głupoty… Przeważnie taki “sędzia” nie zapyta się tych biednych na podstawie których wysnuł taki “wniosek” o to jak faktycznie było. Nie zapyta bo wyszłoby, że zmarnował dwa dni na wymyślenie bzdury. A tak zawsze dopnie się do tego całego wężyka “wszystkomających i wszystkowiedzących mędrców” i może z tego tytułu mu coś skapnie…
Aby stać się biednym nie trzeba być osobą niezaradną i w ogóle nieprzystosowaną społecznie.
Wystarczy, że kilka nieprzyjemnych okoliczności wystąpi jedna po drugiej… I że wtedy nikogo przy nas nie będzie. I już jesteśmy biedni. I żyjemy od wypłaty do wypłaty, a kolejna choroba, kolejne książki do szkoły, nowe buty bo stare się zdarły to tylko kolejne gwoździe do finansowej trumny rodziny. Naprawdę nie trzeba cudu, aby kredyty rosły w oszołamiającym tempie i zbliżały się do przekroczenia wartości posiadanego majątku. Wystarczy po prostu samo życie plus mnóstwo chorób i nieszczęść.
A rodziny, które tak żyją nie występują tylko na kartach bezpiecznych książek, które zawsze jakby co można odstawić na półkę. Nie. takie rodziny są za ścianami, na przeciwko naszych drzwi, w domu obok… Tylko wolimy o tym nie myśleć bo po co sobie psuć dzień i ulubiony serial w telewizji.
A z czym się takie rodziny zmagają? Tak jak pisałem wyżej.
Pieniądze mają starannie wyliczone a i tak kupując wszystko co najtańsze i korzystając z darów “Caritasu” czy czegoś innego brakuje im pieniędzy i muszą brać kredyt. A dorosłe dzieci? Jeśli są to mogą pracować. A co jeśli nie mogą? A co jeśli nie mogą wykonywać każdej pracy ze względów zdrowotnych. A co jeśli długi zaciągnięte dawno temu są i tak poza zasięgiem tych dzieci, które musiałyby nie chorując i nic nie kupując pracować przez np. 10-15 lat? A co jeśli rodziny, kiedy brała kredyt nie było stać na ubezpieczenie i w przypadku śmierci rodziców dzieci mają start na wielkim minusie…
Tak, takie rodziny istnieją, zapewniam Was. I często godność powstrzymuje ich od wyjścia i żebrania. Wychodzą tylko wtedy gdy nie ma co do garnka włożyć i to tylko nocami, cicho i nieśmiało prosząc “możnowładców” o kromkę chleba.
Bieda to brak pieniędzy na lepsze jedzenie, na lepsze środki higieniczne. To brak pieniędzy na podstawową odzież-nawet na zwykłe majtki, na wykształcenie, na hobby, na wyjście z przyjaciółmi, na wszystko inne co nie jest opłatami, najtańszym żarciem z hipermarketu i niezbędnymi lekarstwami.
Bieda to też mnóstwo ciągłego wielkiego stresu związanego z troską o przyszły dzień o następne dni i lata. To ciągła troska o zdrowie swoje i bliskich, bo co będzie jak nie będzie nas stać na leki? To ciągły strach dzieci przed zaakceptowaniem w świecie tych, “którzy mają”. To niezaakceptowanie dzieci w szkole i na podwórku i ich trauma z tego powodu. To brak pieniędzy na właściwą i pełną edukację. Brak pieniędzy na lepsze książki. A ostatnio w artykułach profesorowie piszą, że studenci przychodzą studiować nieprzygotowani, nieobeznani z tematami- a co jeśli są tak biedni, że nie stać ich na kupienie podręczników przed studiami i zapoznanie się z tematem, a jednocześnie są tak “bogaci”, że nie dostaną wsparcia?
Bieda to także kłótnie w rodzinie i przez to złe warunki bytowe, które negatywnie wpływają na wszystkich jej członków. A jeśli człowiek wiecznie żyjący w dużym stresie i strachu będzie uczestniczył w “normalnym” życiu społecznym jak np. szkoła czy praca to z automatu wypadnie najgorzej i zostanie oceniony i zaszufladkowany bez zrozumienia…
Dlatego starajmy się patrzeć i WIDZIEĆ. Starajmy się słuchać i SŁYSZEĆ.
Starajmy się ROZUMIEĆ.
Pomoc ubogim, powinna przestać być modnym kaprysem “gwiazd” i “biznesmenów”, kreującym wizerunek dobrego i rozumiejącego… Powinna stać się popularnym zwyczajem wśród tych, których ŻYCIE oszczędziło i pozwoliło się sobą cieszyć. A jeśli do kogoś taki argument nie przemawia to niech potraktuje ta pomoc biednym jako, co ważne BEZINTERESOWNĄ inwestycję w ludzkość, a brak pomocy jako stratę potencjału-kapitału.
Tekst powstał bo to sama prawda, którą warto się podzielić. A do tego czas jest odpowiedni, bo idą święta, a niektórzy nie mają czego i za co świętować…